niedziela, 17 czerwca 2018

Syndrom najstarszego dziecka i jego wpływ na wybór ścieżki zawodowej

sydrom najstarszego dzieckaNie wiedziałam, że istnieje taki syndrom do momentu, w którym nie zachciało mi się napisać posta o tym, jak się czuję jako najstarsza siostra i jakie konsekwencje w swoim życiu zauważam i wiążę z tym faktem. Wpisałam w przeglądarkę "syndrom najstarszej siostry", a tu wyskakuje mi cała masa artykułów o tym, jaki wpływ na nasze życie ma to, czy jesteśmy dzieckiem najstarszym, średnim, czy najmłodszym. Intuicyjnie to wyczuwałam, dziś opowiem, co ja o tym myślę.


Niniejszy tekst jest pisany z perspektywy najstarszej. Dodam, że ja dosyć długo byłam sama, bo do 3 roku życia. To naprawdę długo (więc jeśli chcecie mieć więcej niż jedno dziecko, nie czekajcie aż tyle 😂😂😂). Strzeliłam focha po przywiezieniu młodszej siostry do domu. Młodsza siostra rok później żadnego focha nie strzeliła, po prostu kładła się w łóżeczku obok nowego bobasa. Mi już chyba było wszystko jedno 😉. Natomiast pomiędzy mną a najmłodszą jest 10 lat różnicy. Dla uwypuklenia tej przepaści czasu dodam, że najmłodsza w tym roku kończy gimnazjum, ja w tym roku jestem już 2 lata po obronie magisterki.

W tym tekście będę poruszać różne kwestie, dlatego na samym początku powiem - cieszę się, że mam rodzeństwo. Serio. Jesteśmy kompletnie różne. Dzięki temu jednak nasze spotkania rodzinne są tak kolorowe. Gdybym miała nas opisać to przedstawiamy się tak:
1. życiowa skorupa, twardy pancerz - miękkie serce,
2. artystka, negocjator, opiekun uciśnionych, wszyscy mnie lubią,
3. zniknęłam na cały dzień, ale przecież żyję mamo! (rozrabiaka)
4. przytul mnie - maskotka rodziny.

I póki co zgadza się ta kwalifikacja z tym, co wyczytałam w zakresie relacji rodzinnych 😂 .

Dzieciństwo

Dopóki młodsze rodzeństwo nie potrafi chodzić i mówić, to starszy ma w sumie fajnie 😉 . Siłą rzeczy więcej uwagi rodziców skupia się na małej dżdżownicy, co jest poniekąd naturalne. Z okresu do 6-8 roku życia nie pamiętam jak wyglądały nasze relacje jako rodzeństwa. Z okresu późniejszego, tj. szkolnego mam niemiłe wspomnienia. O tym zaraz.

Teraz chcę powrócić do kwestii, o której wspominałam na początku. Moja pierwsza siostra jest 3 lata młodsza, kolejna 4 lata. I choć może się wydaje to niewiele, i choć moja mama była odbierana jako Matka Polka "takiej drobiny", "olaboga, jak Ty sobie radzisz z trzema takimi maluchami, a jeszcze to najmłodsze takie niedobre", to przy takiej różnicy pojawiają się pewne schody. Znów powrócę do posiłkowania się szkołą. Kiedy ja szłam do 4 klasy moje siostry dopiero szły do zerówki/klasy pierwszej. Nomen omen zbiegło się to z narodzinami naszej najmłodszej siostry. I w tym momencie już nas dzieliła "różnica pięter" (klasy 0-III swoje sale miały na II piętrze budynku, klasy IV-VI w pozostałej części, pilnowano by te starsze dzieci z IV-VI nie latały na górę do tych młodszych). Powiecie i cóż z tego? W sumie można rzec - nic. Jednakże już na tym etapie zostałam niejako wyizolowana od moich sióstr, których środowiska siłą rzeczy się w pewnym zakresie przenikały, a one same miały ze sobą więcej kontaktu niż ze mną. One miały wspólną przestrzeń ze sobą, ja z nimi - raczej nie. I to jest jeden z kluczowych momentów - dorastałyśmy w nieco innym środowisku koleżeńskim i te środowiska rzadko się przenikały. I gdy była szkoła, każdy z nas przez większość czasu egzystował w tych swoich środowiskach.

Życie to jednak nie tylko szkoła. Przecież jesteśmy rodzeństwem, mieszkamy w jednym domu. I o ile w tym domu byłyśmy w stanie lepiej lub gorzej wspólnie się bawić (nie ukrywajmy no, nie wierzę, że ktoś choćby raz nie bił się z rodzeństwem 😂), to schody się zaczynały w momencie, gdy moim siostrom się nudziło. Dlaczego?

- Mamo, idę na dwór.
- Z kim? Gdzie?
- No jak zawsze, idziemy robić zabawitka.
- Zabierz siostry.
- Dlaczego?
- Bo im się nudzi, niech też się pobawią.
- Ale ja nie chcę!
- Mamo, mamo, my idziemy z nią, gdzie są moje buty?
- Nie biorę ich! Mamo!
- Idą z Tobą!
- Nie!
- Idą z Tobą, jesteś najstarsza, masz się z nimi bawić i ich pilnować.

To były najgorsze momenty w moim życiu. Bardzo tego nie lubiłam. Bo w swoje środowisko rówieśnicze musiałam wprowadzać "intruzów" i jeszcze się z nimi uganiać, a wierzcie lub nie, łatwo nie było. W szczególności, że jedna z moich sióstr, to był niezły ancymon. Nie o to jednak chodzi. Chodzi o to, że dla mnie to już nie była zabawa. To było pilnowanie i bronienie ich przed innymi. Czułam się jak uwiązana i nie potrafiłam się cieszyć zabawą. Czekałam aż moim siostrom się znudzi. Krew mnie zalewała jak starsze koleżanki żarty sobie robiły z moich sióstr, a ja nie byłam tak biegła w ciętych ripostach, żeby je obronić, bo u nas w domu nie rozmawiało się w ten sposób. Cholera mnie brała, jak dawały się podpuszczać... Tak, wiem, że to były dzieci, ale hola! hola! ja też byłam dzieckiem, wszyscy byliśmy dziećmi - jedni po prostu trochę starsi od drugich. Ni mniej, ni więcej, to była dla mnie katorga. "Mamo, zabierz je" to było w pewnym momencie mojego życia motto codzienne.

Ta ładniejsza, ta piękniejsza

Bycie kobietą jest trudne. W szczególności w okresie dorastania. W tym dorastania wśród rodzeństwa składającego się wyłącznie z sióstr 😉.

Wiecie, kiedy byłyśmy małe, nieustanie wszyscy zewsząd nas oceniali. Rodzina, sąsiedzi. Nieustanna klasyfikacja dzieci na: to mądre, to ładne, to głupie, to brzydkie, to łobuz. W pewnym zakresie ocena nadal trwa.

W zakresie dotyczącym urody.

Moi Drodzy, jako dziecko z każdej strony, z prawej, z lewej, z góry, z dołu, zza ucha, zza boku, słyszałam - ładne te dziewczyny, ale te młodsze to ładniejsze, a ta ta, to już najładniejsza ze wszystkich. Tak. Mam najpiękniejsze siostry na świecie. Nie zaprzeczę 😉.

dzieckoAle, ale. Dziś już jestem dużą dziewczynką i o wiele więcej rozumiem. Wtedy, w okresie dorastania było mi przeogromnie smutno, że nie jestem ładna. Tak, moi Drodzy, przez bardzo długi okres czasu, chyba jeszcze do któregoś momentu na studiach, myślałam, że JESTEM BRZYDKA. Skoro więc jestem brzydka, to muszę być w czymś najlepsza. Wyszło, że we wszystkim. We wszystkim w szkole. Tak stałam się posiadaczką kolekcji czerwonych pasków i wysokich not na egzaminach. Tak stałam się BRZYDKĄ KUJONKĄ. Do tego nieśmiałość, o której kilkukrotnie pisałam.

Na szczęście wyleczyłam się z tego (pomimo tego, że wciąż jesteśmy w tym zakresie oceniane). Zrozumiałam, że nie jestem pięknością zwalającą z nóg wszystkich wokół, ale nie jestem brzydka. Jestem normalna. Wszystko mam na swoim miejscu. Niedoskonałości cery (moja zmora) - pogodziłam się z nimi. I choć na co dzień się maluję, bo lubię, to nie mam problemu, żeby wyjść z domu bez ani grama szpachli na twarzy.

W Tobie pokładamy nadzieję, Ty nigdzie nie pójdziesz

Skoro stałam się już brzydką kujonką, to stałam się, jako dziecko najstarsze, dzieckiem, w którym pokłada się wielkie nadzieje naukowe i dotyczące kariery. I to się tu sprawdza w odniesieniu do tego, co piszą internety. I tak jak piszą internety, dziecko najstarsze, to dziecko, które najmniej może, bo na nim rodzice testują granice.

Tak oto mnie się ciągle napędzało do nauki. Kiedy chciałam gdzieś pójść, przeprowadzany był gruntowny wywiad. Gdzie, po co, z kim, jak, o której, a w ogóle to po co będziesz tam szła. Kto Cię później odbierze. W pewnym momencie przestałam pytać, bo na samą myśl o szczegółowym wywiadzie mi się nie chciało 😂.

Poddałam się. Realizowałam oczekiwania.

Natomiast moje siostry. Hm, to jest ciekawe zjawisko, jak młodsze rodzeństwo ma wszędzie łatwiej 😉. Najstarsza w szkole przetarła szlaki, więc im było niejako łatwiej. To im podpowiedziała, tu coś doradziła, tu pojechały na wypracowanej dobrej opinii. Młodsze siostry miały więcej odwagi. Ich się tak nie ograniczało. Więcej im się pozwalało.

Rozpuszczało, bo... są młodsze 💁.

Byciem najstarszym a zawód i dalsze życie

W związku z tym, że jako najstarsza zajęłam pozycję "odpowiedzialnej" tak się toczy moje życie. Kiedy myślałam o wyborze ścieżki zawodowej, wykluczyłam na wstępie wszystkie pierdoły typu psychologia, socjologia itd. Moje myśli kierowały się ku pracy, nazwijmy to, dla osób twardo stąpających po ziemi - nauczyciel, urzędnik, prawnik. Związanej z odpowiedzialnością. Stałam się taranem, bo wszędzie musiałam sobie odgradzać drogi. Sama. Bałam się odpuścić, bo co rodzina powie. Czułam, że jak mi nie pójdzie, to wszyscy będą zawiedzeni.

Właśnie. Wszyscy. Myślałam o wszystkich, bo przecież to ja jestem ta najstarsza, ja muszę się wszystkim zająć. Stałam się trochę siostro-matką. Czułam się za wszystko odpowiedzialna. Ba, wciąż słyszę, że Ty jesteś najstarsza, to musisz podejmować rozsądne decyzje, być autorytetem dla młodszych.

Stałam się prawnikiem. I tak, myślę, że bycie najstarszą trochę zaważyło na tym, że chciałam pomagać innym, ba, czułam, że powinnam - wybrałam prawo (patrz post - dlaczego zostałam prawnikiem). Widzę wpływ bycia najstarszym na to, kim jestem teraz.

Dystans to moje drugie imię. Choć wewnątrz marzycielka, na zewnątrz zimna realistka. Zachowawczy sposób bycia, byle cię tłum nie widział (no, teraz trochę się zmieniło). Paraliżujące myślenie o konsekwencjach przedsiębrania nietuzinkowych decyzji. Zdroworozsądkowy strach przed bezrobociem i spróbowaniem sił z własną działalnością gospodarczą. Długofalowe planowanie pesymistyczne. Podróż do pracy samochodem to ryzyko. Świat zewnętrzny to potencjalne pole samych zagrożeń. Cały rok parasol w torebce. Butelka wody i miętowe gumy do żucia jako niezbędnik - bo co jak zrobi mi się słabo? Znajomość lokalizacji bankomatów w każdym mieście, w którym przebywam. Jak nie - wystarczająca ilość gotówki w portfelu. Numery telefonów do najbliższych awaryjnie wpisane na osobną, papierową kartkę. Planowanie stylizacji wieczorem na kolejny dzień. Naładowany power bank, ładowarka, kabel USB do telefonu pod ręką. Gdy ktoś zaczepia mnie na ulicy pierwsze o czym myślę - czy mam jakiś w miarę ciężki przedmiot w torebce? Paranoja? Nie, konsekwencje bycia najstarszym 😅.

Staram się jednak trochę to zmienić. W pewnym momencie można się zapędzić w róg odpowiedzialności i czuć się winnym za całe zło świata. Stać się apodyktycznym tyranem.

rodzeństwo; jak wychowywać dzieciCieszę się, że mam rodzeństwo. To naprawdę wspaniała rzecz. Z wiekiem relacje się normalizują, bo, cóż, zaczynamy myśleć, rozumieć i czuć samodzielnie bez oglądania się na innych 😉. Także, co do zasady: RODZEŃSTWO - POLECAM! 😁

Chciałabym mieć tylko taki mały apel, myśl do rozważenia. Zastanówmy się czasem, czy naprawdę najstarsze rodzeństwo musi opiekować się młodszym? Czy musi być odpowiedzialne za to rodzeństwo? Czy wystarczy, że będzie je kochać, szanować i trzymać za rękę, gdy będzie taka konieczność? Dzieci to tylko dzieci. Niech cieszą się, każde, swoim dzieciństwem.

Uściski😙

Fotografie: autorka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Króluje tu szacunek i kultura słowa. Komentarze zawierające słowa powszechnie uważane za obelżywe, nawołujące do nienawiści rasowej, narodowościowej, religijnej, o charakterze hejtu internetowego zostaną usunięte. Podawanie danych osobowych jest dobrowolne. Więcej informacji uzyskasz w polityce prywatności i regulaminie bloga (w wersji na komputery - zakładka po prawej stronie, w wersji mobilnej - u dołu w zakładce strony).