niedziela, 25 lutego 2018

Egzaminy na studiach prawniczych. Jak się przygotowywałam?

student prawaNa moim instagramowym koncie trwał cykl o moich przygotowaniach do egzaminów na studiach. Piszę trwał, dlatego że ostatnio zaniechałam cyklu, ale chciałabym dokończyć com zaczęłam, więc dokończę tu. Właściwie nie dokończę, a opiszę jak przygotowywałam się do poszczególnych egzaminów przez całe długie (choć z perspektywy czasu krótkie) pięć lat studiów.
Zdaje się, że nie jestem przykładem tego, jak powinno się uczyć (jeśli nie wiecie dlaczego, odsyłam TU), ale jest zainteresowanie tematem, więc wychodzę naprzeciwko niemu. Zaznaczam, że nie jest to żaden poradnik, który wskaże drogę do osiągnięcia spektakularnych wyników na egzaminie. Są to tylko zapiski tego, jak wyglądała moja nauka. I tego, że pomimo braku 0,5 do 5 na dyplomie, miałam różne oceny, a nawet wpadła mi po drodze jedna poprawka.

Zanim jednak przejdę do opisu 5 lat moich zmagań egzaminacyjnych, muszę się podzielić takim spostrzeżeniem. Przez całe swoje życie byłam uczennicą otrzymującą promocję do następnej klasy z wyróżnieniem (czerwony pasek). Stąd zderzenie ze studiami, a właściwie ocenami na studiach było bolesne. Bo byli lepsi ode mnie, bo nie mogłam dogonić ocen, które chciałam mieć i to ostatnie bardzo mnie bolało. W szczególności, gdy uczyłam się ciągami po 13-15 godzin dziennie. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w tymże niewłaściwym systemie nauki, poza tym przyznać przed sobą samym należało, że po prostu mój intelekt ma jednak ograniczenia. Co wcale nie oznacza, że jestem gorsza. To jednak temat na osobny post. Podsumowując jednak całą tę irytację, która przerodziła się teraz w taką smutną konstatację, stwierdzam, że oceny nie są w ogóle ważne. Do tego trzeba natomiast dojść samemu. Dlaczego i jak do tego doszłam? Moje świadectwa z czerwonymi paskami są do niczego potrzebne, nikt mnie nie pyta jakie miałam oceny na studiach, ba, mój dyplom interesuje potencjalnych pracodawców tylko i wyłącznie w zakresie stwierdzenia prawidłowości twierdzenia, że posiadam wykształcenie wyższe na interesującym ich kierunku. Hektolitry wylanych łez nad książkami nie mają znaczenia. Nie liczy się, co wiesz, a co realnie potrafisz zrobić. Wierzcie mi, po ukończeniu studiów nie potrafiłam nic, poza napisaniem opinii prawnej niczym elaborat popartej pięknymi i bogatymi poglądami doktryny i orzecznictwa, której zwykły Kowalski mógłby używać z powodzeniem zamiast papieru toaletowego. Warto się uczyć, nie warto patrzeć na oceny. Umiejętności i predyspozycje zweryfikuje życie.

Po tym przydługawym wstępie, czas na treść właściwą.

I rok prawa

Na pierwszym roku studiów miałam egzaminy z takich przedmiotów jak wstęp do prawoznawstwa, logika dla prawników, powszechna historia państwa i prawa, historia państwa i prawa polskiego, prawo rzymskie, prawo konstytucyjne, ekonomia oraz zaliczenia z łaciny dla prawników i prawa cywilnego - część ogólna.

Wstęp do prawoznawstwa - najnudniejszy przedmiot świata, wmawiano nam, że bez niego ani rusz (z czym trochę bym się kłóciła 😏 ). Egzamin był w formie testu, na szczęście testu jednokrotnego wyboru. Miałam jako pomoc naukową jakiś leksykon, którego nazwy nie pamiętam, a nie mam go już w domu, żeby sprawdzić. Wybaczcie, to było 7 lat temu (😱). Uczyłam się z książeczki z testami. Wystarczyło, żeby zdać. Przedmiot trwał pół roku. Egzamin z sesji zimowej.

Powszechna historia państwa i prawa - egzamin w formie ustnej, pierwszy ustny na studiach, mnóstwo stresu, przed tym egzaminem miałam koszmary o tym, jak dostaję dwóję (człowiek na pierwszym roku to durny jest, potem były cięższe egzaminy...). Miałam zielony podręcznik o tytule takim samym jak nazwa przedmiotu wydawnictwa Ars boni et aequi, ale uczyłam się głównie ze skryptu zdobytego w wydziałowym punkcie ksero. Zdałam. Przedmiot trwał pół roku. Egzamin z sesji zimowej.

Logika dla prawników - trochę to młodych adeptów prawa przeraża, logika jakaś na studiach, a przedmiot nawet całkiem przyjemny momentami, choć jedyne czego używam z tego obecnie to wnioskowania prawnicze, do łapania słówek w pismach procesowych i wykorzystywania ich na moją korzyść nie potrzebuję umiejętności związanych z rozwiązywaniem funkcji tautologicznych 😉. Miałam podręcznik Ziembińskiego i robiłam nawet w miarę notatki na ćwiczeniach. Jak się kumało rzeczy z ćwiczeń, to w sumie więcej nie było trzeba, choć sam egzamin do przyjemnych nie należał. Miał formę pisemną, były zadania do rozwiązania, ale szczerze powiedziawszy nie pamiętam dokładnie jakie. Zdałam. Przedmiot trwał pół roku. Egzamin z sesji zimowej.

Historia państwa i prawa polskiego - egzamin w formie testu, co ciekawe zadania i odpowiedzi dyktowane, trzeba było pisać! (😵). Przedmiot roczny. Miałam podręcznik Bardacha, do którego może zajrzałam, ale zaglądaniem się kończyło i przepiękne notatki z wykładów, które wystarczyły, żeby zdać. Zrobiliśmy z grupą skrypt z tego przedmiotu, ale nie było to w sumie potrzebne.

Prawo rzymskie - zmora pierwszorocznych, przedmiot trwał pół roku, egzamin w sesji letniej, pisemny (trzy pytania chyba były). Miałam dwa podręczniki. Jeden z czarną okładką, którego autora nie pamiętam i z którym się nie polubiliśmy, a drugi zielony Dębińskiego, który pokochałam. Miałam też skrypt, tak mi się kojarzy. Z tego się uczyłam, nie notowałam zbyt skrupulatnie, bo mi się nie chciało, a co, każdemu może się nie chcieć 😇.

Prawo konstytucyjne - przedmiot roczny, egzamin w formie pisemnej. Jakiś pierwszy konkret na studiach. Miałam podręcznik Banaszaka, skrypt, szczątkowe notatki. Zdałam. A, i konstytucję jeszcze przeczytałam, chyba w przeciwieństwie do wielu "mądrych tego świata", którzy dużo o tym mówią, a nie wiadomo, czy choć tytuł dokładnie przeczytali 😂.

Ekonomia - szczerze powiedziawszy to jest jakiś taki zapychacz, żeby za łatwo nie było. Miałam podręcznik Milewskiego, ale powiedzmy sobie szczerze - jak go czytałam miałam wrażenie, że autor i ja mówimy w różnych językach 😛. Uczyłam się z testów dorwanych na kserze, bo egzamin to test. Przedmiot półroczny z sesji letniej.

Były jeszcze zaliczenia z łaciny dla prawników i ćwiczeń prawo cywilne-część ogólna - do łaciny miałam wydziałowy, zdaje się, podręcznik, do cywila też podręcznik (pomarańczowy grzbiet C.H. Beck).

II rok prawa

Na drugim roku były egzaminy z takich przedmiotów jak historia doktryn politycznych i prawnych, prawo o wykroczeniach, prawo wyznaniowe, prawo rodzinne, prawo administracyjne, prawo cywilne - część ogólna i zobowiązania, prawo karne, prawo międzynarodowe publiczne. Jak widzicie, to nie były sesje, to były masakry 😵😵😵.

jak się uczyłam na studiach prawniczychDoktryny polityczne i prawne - wydaje mi się, że miałam jakiś leksykon, ale raczej do niego nie zaglądałam. Miałam cudne notatki z wykładów i skrypt zrobiony przez naszą grupę i z tego się uczyłam. Przedmiot trwał pół roku, egzamin w sesji zimowej, forma ustna. W ramach ciekawostki - wylosowałam pytania z zagranicznymi nazwiskami filozofów i nie umiałam ich przeczytać, w sensie poprawnie wymówić. I co? I nic. Może siara, ale moje imię też wielu przekręca. I co? I nic.

Prawo o wykroczeniach - miałam podręcznik, ale raczej mało korzystałam, coś z ustaw przeczytałam, porozwiązywałam testy. Przedmiot półroczny, sesja zimowa, egzamin test.

Prawo wyznaniowe - nie miałam żadnego podręcznika. Przedmiot z serii "zapychacz czasu". Przejrzałam wskazane ustawy, skrypt. Przedmiot półroczny, sesja zimowa, forma pisemna.

Prawo rodzinne - przedmiot półroczny, sesja letnia, forma pisemna. Miałam podręcznik Jerzego Strzebińczyka. Przeczytałam kodeks i na tym głównie opierała się moja wiedza, bo egzamin był w sesji letniej, w której było bardzo ciekawie, bardzo. I notatki przejrzałam. Ot, i tyle.

Prawo administracyjne - dzieło literatury polskiej - podręcznik Jana Bocia. Polecam, mgr Żanetta Charemska. Tak właściwie to ledwo co pamiętam ten przedmiot. Chyba był test (?) i pewnie z jakichś testów się w większości uczyłam. Kojarzy mi się też jeszcze, że czytałam jakieś ustawy typu prawo o aktach stanu cywilnego, samorząd gminny, powiatowy, wojewódzki. Więcej nie pamiętam.

Prawo cywilne - miałam podręczniki z pomarańczowym grzbietem C.H. Beck i z nich się uczyłam, kodeks poczytałam. Przedmiot półtoraroczny, egzamin w formie testu wielokrotnego wyboru z dziwnym systemem punktowania plus kazus. Kazus zrobiłam na "odwal się", bo czasu po teście i niesamowitym chaosie na tym egzaminie, miałam całe 10 minut...

Prawo karne - miałam podręcznik Bojarskiego, oczywiście kodeks, jakieś notatki i testy, bo egzamin to test. Przedmiot roczny.

Prawo międzynarodowe publiczne - miałam dwa podręczniki, z jednym w ogóle się nie zaprzyjaźniłam, drugi był chyba autorstwa niejakiego Symonidesa (?). Wskazane akty prawa międzynarodowego, o, Konwencję wiedeńską pamiętam (w sensie nazwę...hm...🙈🙉🙊). Przedmiot trwał rok. Egzamin pisemny, trwał trzy godziny. Różne dziwne zadania, w tym "napisz memorandum" i od razu człowiek mądrzejszy o jedno słowo...

III rok prawa

Na trzecim roku studiów same rarytasy. To tu załapałam pierwszą dwójeczkę (i ostatnią, uff). I nie, nie był to ten najbardziej krwawy egzamin... Na trzecim roku egzaminowali nas z postępowania administracyjnego i sądowoadministracyjnego (krwawa legenda wrocławska), prawa gospodarczego publicznego, prawa karnego gospodarczego (przedmiot do wyboru), prawa prywatnego międzynarodowego (przedmiot do wyboru), prawa Unii Europejskiej (tfe, tfe, tfe!), postępowania karnego, prawa cywilnego - prawa rzeczowego i spadkowego, dodatkowo były konwersatoria, ale formę zaliczenia uczczę milczeniem i wdzięcznością, a chodziłam sobie na problemy patologii społecznej i wiktymologię.

Postępowanie administracyjne i sądowoadministracyjne - przedmiot półroczny, egzamin w formie pisemnej, trzy pytania. Egzamin odnośnie którego jestem zasypywana przez wrocławskich studentów pytaniami czy można to zdać, jak zdać, jak się uczyłam, z czego się uczyłam i jakie mam rady. Jedyną radą jaką dysponuję to zapoznać się nader wnikliwie z wydziałowym podręcznikiem. Sama przeczytałam go od prawej do lewej, od lewej do prawej, z góry na dół, od dołu do góry, od deski do deski, dwa razy. Pierwszy raz wnikliwiej, drugi szybko, bardzo szybko, bo w ok. 5 dni przed egzaminem. Ponoć warto iść na przedtermin, ale nie wiem tego z własnego doświadczenia, bo byłam w pierwszym terminie, zdałam prawie bardzo dobrze. Dzień przed egzaminem przewertowałam jeszcze ustawy. Na egzaminie wylosowałam zestaw szczęścia. Nie miałam pytania z egzekucji. Polubiłam te procedury, choć ten egzamin to mara senna, legenda wzbudzająca strach i zniszczenie. Magisterkę napisałam na temat jednego z pytań egzaminacyjnych, które wylosowałam - przesłanki wznowienia postępowania administracyjnego 😉. Na egzaminie magisterskim jedno z pytań jakie wylosowałam brzmiało: "wznowienie postępowania administracyjnego" 😂. Przypadek? Nie sądzę 😂. Ps. To chyba jeden z nielicznych przedmiotów, z którego nie miałam skryptu 😅.

Prawo gospodarcze publiczne - miałam jakiś podręcznik, ale nie uczyłam się z niego, bo był mocno zdezaktualizowany. Uczyłam się ze skryptu, przejrzałam ustawy. Przedmiot zepchnięty na margines, bo był w sesji z KPA. Przedmiot półroczny, egzamin w formie pisemnej - trzy pytania.

Prawo karne gospodarcze - przedmiot do wyboru, półroczny, egzamin test. Uczyłam się z ustaw i testów. Miałam ćwiczenia z egzaminatorem i nie ukrywajmy, wskazywał nam co go interesuje, a na egzaminie powtórzyły się pytania z kolokwium, które było na ćwiczeniach...

Prawo prywatne międzynarodowe - przedmiot półroczny, sesja letnia, egzamin opisowy - trzy pytania. Uczyłam się głównie z ustawy, która leży jeszcze u mnie w domu i wygląda jak po masakrze 💥. Przypuszczam, że miałam jeszcze jakąś pomoc naukową, ale kompletnie nie mogę sobie przypomnieć jaką 💁.

Prawo Unii Europejskiej - przedmiot półroczny, sesja letnia, egzamin opisowy - trzy pytania. Nie zdałam w pierwszym terminie. Oczywiście uczyłam się, ale wiecie, problem z tym przedmiotem był taki, że tak naprawdę nie do końca było wiadomo czego się uczyć. I do pierwszego terminu, i do poprawki uczyłam się dokładnie tak samo, dlaczego za pierwszym razem nie zdałam, nie wiem. Nie byłam oglądać swojej pracy, bo nie praktykowałam takich rzeczy. Samo niezdanie przyprawiło mnie o morze łez, więc oszczędziłam sobie upokorzenia ryku przed egzaminatorem oglądając pracę, tym bardziej, że ja wszystko, ale to wszystko biorę bardzo osobiście i do siebie. Uczyłam się z podręcznika (wybaczcie, nie mam pamięci do nazwisk😞), notatek z wykładów, transkrypcji z wykładów, traktatów unijnych.

Postępowanie karne - przedmiot roczny, egzamin w sesji letniej, forma ustna. Brrr, nieprzyjemny egzamin. Uczyłam się noweli, która już nie obowiązuje (tej, co to ponoć kontradyktoryjność do procesu karnego miała wprowadzić), więc jakby co jestem bardzo obeznana w temacie 😂😂😂. Miałam podręcznik wydziałowy, podręcznik Waltosia i z tego podręcznika pamiętam do dziś jedno zdanie, cytuję: "Fikcja jest zawsze ucieczką przed poszukiwaniem prawdy"😂. Bardziej uczyłam się z Waltosia, wydziałowy tylko przejrzałam. Ponadto kodeks. Nie pamiętam, czy coś jeszcze.

studia prawniczePrawo cywilne - prawo rzeczowe i spadkowe - ten przedmiot chyba trwał rok, egzamin w sesji letniej, forma opisowa, chyba trzy pytania. Uczyłam się z podręczników z pomarańczowym grzbietem C.H. Beck i kodeksu.

IV rok prawa

Na czwartym roku miałam kryminologię, prawa człowieka i systemy ich ochrony, prawo karne na tle praktyki sądowej, prawo własności intelektualnej, medycyna sądowa, prawo handlowe, postępowanie cywilne, prawo finansowe, prawo pracy. W tym są przedmioty z tak zwanego wyboru.

Kryminologia - egzamin ustny, mieliśmy przygotować jakieś dwa zagadnienia w temacie, prowadzący wybierał jedno, które mu się podobało i odpytywał. Było raczej okeeej 😉.

Prawa człowieka i systemy ich ochrony - egzamin ustny, mieliśmy znaleźć jakiś pozaeuropejski kazus sądowy (najczęściej padało na Amerykę), omówić go i odnieść do polskich regulacji. Przedstawialiśmy wersję pisemną, a egzaminator prowadził z nami luźną rozmowę. Byłam na tej rozmowie 4 razy, bo egzaminator chciał wstawiać 5 i odsyłał do uzupełnienia, jak się czegoś nie wiedziało. Szczerze, pod koniec miałam dość i już miałam błagać o 3, ale właśnie wtedy okazało się, że to była moja ostatnia rozmowa 😂.

Prawo karne na tle praktyki sądowej - to chyba było konwersatorium i to jedyne w mojej karierze, na które trzeba było się przygotować, bo była odpytka. Uczyłam się z komentarza do KK prof. Marka, a właściwie wyciągu z tego komentarza dotyczącego wskazanych przez prowadzącą zagadnień.

Prawo własności intelektualnej - wiem, że przedmiot trwał pół roku, wiem, że egzamin miał formę opisową - trzy pytania i kazus zdaje się, ale kompletnie nie pamiętam z czego się uczyłam 😱. Na pewno ustawa, ale z czego jeszcze ???

Medycyna sądowa - to chyba też konwersatorium, ale był z tego test. Nie uczyłam się, wystarczyła obecność na zajęciach, by ogarnąć temat. Z samych zajęć pamiętam, że prowadzący patolog sądowy wyświetlał nam bardzo interesujące zdjęcia rozkładających się zwłok. Albo ran. Albo innych fascynujących zjawisk. Gdzie ja miałam mózg jak się zapisywałam na ten przedmiot?

Postępowanie cywilne - przedmiot roczny, egzamin w sesji letniej, forma test. Miałam podręcznik prof. E. Marszałkowskiej-Krześ, trochę do niego zaglądałam, ale uczyłam się głównie z kodeksu i rozwiązywałam chyba jakieś testy.

Prawo finansowe - z tego co pamiętam egzamin zdało w pierwszym terminie ok. 30% przystępujących. Finanse to taki odpowiednik KPA na 4 roku. Miałam jakiś podręcznik wydziałowy, ustawę o finansach publicznych, zbiór przepisów podatkowych (bo u nas ten przedmiot obejmował podatki...). Przedmiot trwał rok, egzamin: test 100 pytań wielokrotnego wyboru plus 3 kazusy z prawa podatkowego, czas na wykonanie: 60 minut. Ktoś ma jeszcze jakieś pytania???

Prawo pracy - przedmiot roczny, egzamin opisowy. Uczyłam się z podręcznika, którego autora oczywiście nie pamiętam, ale miałam też drugi podręcznik i był to podręcznik prof. Florka i czytało się go zdecydowanie lepiej. Ponadto kodeks i nie wiem czy coś jeszcze.

V rok prawa

Na piątym roku walczyłam z prawem handlowym, prawem zabezpieczeń społecznych, restrukturyzacją i upadłością przedsiębiorstw, teorią i filozofią prawa, prawem budowlanym, prawem ochrony środowiska.

Prawo handlowe - egzamin testowy. Przeczytałam kodeks, rozwiązywałam testy.

Prawo zabezpieczenia społecznego - miałam jakiś taki podręcznik w miarę krótki, ale najwięcej uczyłam się z ustaw, a przede wszystkim wykładów. Egzamin opisowy.

Restrukturyzacja i upadłość przedsiębiorstw - egzamin testowy, uczyłam się z ustaw.

Teoria i filozofia prawa - ciągle się zastanawiam w jakim celu to jest na piątym roku. Chyba po to, by nas dobić przed samą magisterką. Egzamin opisowy. Uczyłam się z wykładów (w sensie z notatek, w ogóle w całym tekście jak było napisane, że uczyłam się z wykładów, to oznacza to notatki z wykładów; niestety ze słuchu niewiele pamiętam 😒).

Prawo budowlane - egzamin test, uczyłam się z ustaw i testów i jakiegoś skryptu i notatek.

czy warto studiować prawoPrawo ochrony środowiska - egzamin test, przejrzałam ustawy, porozwiązywałam testy.

To by było na tyle. Sucho trochę to wszystko brzmi, tekst nie oddaje cierpień, które przeszłam ucząc się. Może również opis tych egzaminów sprawia wrażenie, że było łatwo, jak jednak napisałam "sprawia wrażenie". Ten tylko zrozumie ile czasu to wszystko zajmuje, kto prawo studiuje/studiował. Reasumując, jak teraz na to wszystko patrzę, to zastanawiam się jak przetrwałam i słowo przetrwanie wcale nie jest tu nadużyciem 🙊🙊🙊.

Uściski 😙

Fotografie: jestrudo.pl/ fotografia książek z pomarańczowym grzbietem - autorka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Króluje tu szacunek i kultura słowa. Komentarze zawierające słowa powszechnie uważane za obelżywe, nawołujące do nienawiści rasowej, narodowościowej, religijnej, o charakterze hejtu internetowego zostaną usunięte. Podawanie danych osobowych jest dobrowolne. Więcej informacji uzyskasz w polityce prywatności i regulaminie bloga (w wersji na komputery - zakładka po prawej stronie, w wersji mobilnej - u dołu w zakładce strony).